Się pisze! Oj, mam ochotę na to
ogromną. Nie wiem, czy to przez wczorajsze słońce i ocieplenie, przez kawę, czy
może perspektywę powrotu do domu na kilka dni (z przesiadką kilkugodzinną na
spotkanie z przyjaciółmi… przysiadką w sumie).
Cóż się takiego dzieje… A, no kran w
łazience nam zachorował i to poważnie. Gdy P. chciała umyć swe szlachetne zęby,
on… zaczął poważnie krwawić. No, dobra. Woda po prostu zaczęła się lać nie
tędy, co trzeba. Użyję metaforycznej anatomii kranu. Nie ma on kurków, ale
przesympatyczną dźwignię. Woda powinna lecieć
„nosem”, prawda? No, to nasz postanowił być inny i wyciekała „stawem”
dźwigniowym. Trzeba było dociskać, żeby nie ciekło. Jednak nie widziało się nam
spędzić nocy nad kranem, więc w bardzo profesjonalny sposób zatamowałam
„krwotok” przy pomocy opaski uciskowej. Po 2 dniach od katastrofy, przyjechał
właściciel i wymienił baterię. Także, pożegnaliśmy naszego towarzysza. W zamian
za niego przybył nowy-matowy. Starego uczcijmy minutą ciszy….
No,
dobra, 10 sekund wystarczy. Idźmy dalej. Dzisiaj napiszę raczej tak luźno, o
wszystkim po trochu.
Spotkałam
się w ten weekend z moją kochaną siostrą cioteczną. Kupę czasu się nie
widziałyśmy, mimo że mieszkamy w jednym mieście (normalnie...wstyd). Miło było
pogadać sobie, szczególnie, że po podjęciu przeze mnie pewnych decyzji (jeśli
nie wiadomo o co chodzi, to odsyłam do pierwszego wpisu ), było o czym. Była kolejną osobą, która
powiedziała mi, że od początku nadawałam się na humanistkę, a ja wywaliłam ze
ścisłym kierunkiem. W tym miejscu wspomnę, że jeśli chodzi o przedmioty ścisłe,
to w miarę ogarniam, ale duszę mam chyba bardziej artystyczną. No, trudno.
Doceniam jednak ten czas z naukami ścisłymi, choć niektóre z nich mnie pokonały.
Ogólnie, jak tak sobie rozmyślam, to jestem całkiem złożoną osobą: interesuję
się książkami, kinem, podróżami, psychologią (bardziej obserwowaną), religią,
muzyką, a z drugiej strony jestem dość logicznie myślącą osobą, lubiącą
konkretne działanie, przeplatane czasem zadumaniem. Może po prostu to takie…
kobiece. Ale wracając do spotkania z moją siostrą. Poszłyśmy do Inferno Pizza, znajdującej się
rzut beretem od stacji PKP Powiśle. Kochani moi, jeśli chcecie zjeść w
Warszawie PRZEPYSZNĄ PIZZĘ, to zróbcie to właśnie tam. Osobiście, lepszej nie
jadłam… Okej, może pizza w wykonaniu mojej siostry też była świetna, ale nie
dla każdego z was mogłaby ją zrobić, a Inferno..już prędzej. Jeśli się
zastanawiacie, gdzie zjeść dobrą pizzę w Warszawie, polecam ten lokal całym sercem.
Wspomniałam
coś o kobietach, czyż nie? Ostatnio świętowaliśmy ich święto (nasze święto,
Drogie Panie). Wszędzie było pełno tulipanów i, choć o każdej innej porze je
uwielbiam, a szczególnie pokochałam ostatnio białe, to 8 marca wolałabym już dostać bukiet
herbacianych róż albo innych kwiatków. Chyba po prostu nie lubię mieć tego, co
wszyscy. Jednak nie o kwiatach chciałam mówić, a o świetnych inicjatywach uczelni
warszawskich, czyli Tygodniu Kobiet. Przez cały tydzień dziewczyny mogły wziąć udział w różnych zajęciach, spotkaniach i warsztatach. W ramach jednego z nich, organizowanych
przez PW, wzięłyśmy z P. udział w warsztatach kawowych, na których mogłyśmy się
dowiedzieć od baristy Michała i maestro Norberta, czym się różni gatunek od
rodzaju kawy, ile powinno się parzyć espresso i skąd w ogóle wzięła się jego
nazwa. Razem z pozostałymi uczestniczkami spróbowałyśmy swoich sił w malowaniu
mlekiem na kawie, czyli latte art. Mleko lało się strumieniami (i nie tylko do
filiżanki). Zapamiętać: gdy wzór nie wychodzi, nie wypuszczamy filiżanki z dłoni ( w razie co- to nie byłam ja!). Dzięki tym warsztatom spełniłam
jedno ze swoich marzeń, czyli malowanie na kawie i mam zamiar dalej ćwiczyć.
Na koniec wtrącę ciekawostkę- ponoć ludzie rozpoznają zapach kawy nawet wtedy,
gdy nigdy nie mieli z nią do czynienia. Niesamowite!
I
tym zapachowo-kawowo-mlecznym akcentem
kończę wpis o wszystkim.
Pozdrawiam,
Wędrująca Stopa :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz